Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

21.4.17

Rozdział 1.



14.09.1998r.
Ostatnimi tygodniami atmosfera w Hogwarcie była wręcz nie do zniesienia. Pierwszoroczni uczniowie w końcu odnaleźli bibliotekę, która jak dotąd pełniła funkcję mojego azylu. Dotychczas mogłam się tu schronić, żeby na chwilę odpocząć od całego tego zgiełku na korytarzach. A teraz? Siedziałam w dziale wróżbiarstwa, ponieważ tylko tam zostały wolne miejsca. Czułam rozchodzący się zapach starości ksiąg, które, jak mniemałam, były wyjątkowo rzadko używane. Regały obdrapane, jakby jakiś kot wszedł do pomieszczenia i przejechał po drewnie pazurami. Najgorszy z tego wszystkiego był kurz, który pokrywał każdy przedmiot grubą warstwą. Filch zapewne postanowił zignorować tę część biblioteki.
Wiedziałam, że ukrywanie się tu niczemu nie pomoże. Kiedyś musiałam wyjść na korytarz, żeby odetchnąć. Zapach biblioteki, choć przyjemny, na dłuższą metę potrafił przyprawić o ból głowy. A także odcinanie się od reszty uczniów nie było dobre. Inni nazywaliby to ucieczką, ale ja uważałam, że to prosty sposób na chwilę relaksu. 
Po raz ostatni rozglądnęłam się po pomieszczeniu i, z niemałą rezygnacją, wstałam. Spakowałam podręczniki do torby i po pożegnaniu się z bibliotekarką, wyszłam. Na korytarzu starałam się jak najbardziej wniknąć w tłum. Nie chciałam być zauważona przez kogokolwiek z mojego roku. Mijałoby się to z celem, dla którego ukryłam się w bibliotece, w najmniej uczęszczanym kącie. 
Przepychałam się łokciami, żeby jak najszybciej dotrzeć do dormitorium. Kilka młodszych uczniów patrzyło za mną z naganą, jakby oczekiwali, że przeproszę ich za małe poszkodowanie. Zaś ci starsi starali się ignorować moje poczynania, choć u niektórych widziałam, jak odwracają w moją stronę twarz. 
Będąc na ostatnim roku nauki, wcale nie czułam zapachu wolności, o którym opowiadali nam nauczyciele. Przekonywali, że nadchodzą najpiękniejsze dla nas czasy. Czasy, w których osiągniemy coś, cokolwiek by to nie było, w naszym życiu. I choć ja w to szczerze wątpiłam, inni byli wręcz zachwyceni wizją dorosłości. Możliwość zarabiania na własne utrzymanie, samodzielność, brak nauki – to im się marzyło. Ja pragnęłam jedynie skończyć szkołę z dobrymi ocenami. 
Kiedy przechodziłam korytarzami, widziałam odnowione ściany, wymienione okiennice, wypolerowane żyrandole. Wszystkie zmiany zostały dokonane w czasie odbudowy Hogwartu. Byłam dumna z efektów, jakie prezentowała nasza praca, ale nie czułam już tej wszechobecnej starości, jaką wcześniej przedstawiała szkoła. Tęskniłam za zabytkami, dawnymi obrazami, które zostały zniszczone podczas bitwy. Ich ilość gwałtownie zmniejszyła się w ciągu ostatnich miesięcy. Członkowie Zakonu odnajdywali szczątki waz i portretów w rozmaitych miejscach, w których również zalegał gruz.
Hogwart nie stracił na swojej świetności, to pewne. Jednak atmosfera wydawała się inna, jakby obca, szczególnie dla starszych uczniów, którzy znali szkołę na wylot. Nagle okazuje się, że wcale tak nie było.
Starałam się nie uczestniczyć w rozmowach o bitwie o Hogwart. Często siódmoklasiści zbierali wokół siebie grupkę młodszych uczniów i opowiadali o wspaniałych wyczynach, jakie dokonywali w czasie walki. Chwalili Harry'ego Pottera, Rona Weasleya oraz Hermionę Granger za odwagę, którą wykazali się na polu bitwy. O innych zapominali – dzielność Neville'a poszła w zapomnienie, Colin został legendą, a Luna... cóż. Luna jak była dziwaczką, tak dalej jest.
Potknęłam się o wystającą kostkę, ale szybko odzyskałam równowagę. Nie cechowałam się tak dużą niezdarnością jak Tonks, jednak moje ruchy zawsze wydawały się niezgrabne. Może dlatego nigdy nie polubiłam gry w quidditcha. 
— Cholera jasna — przeklęłam. Rozejrzałam się na boki i, widząc dużą gromadę uczniów, prędko skoczyłam w ich stronę. Popatrzyłam na nich przepraszająco, a kiedy dodatkowo zgromili mnie wzrokiem, zarumieniłam się po czubki uszu.
Z przeciwnej strony nadchodziła Demelza Robbins. Z uśmiechem witała każdą znajomą osobę, ale wiedziałam, że tak naprawdę poszukuje mnie. Skuliłam się jeszcze bardziej na swoim miejscu, ocierając się o jakiegoś piątoklasistę. Czułam się naprawdę głupio, ukrywając się przed szkolną gwiazdą, lecz nie mogłam nic na to poradzić. Przebywanie w towarzystwie znanych osób nigdy nie napawało mnie optymizmem.
Serce podeszło mi do gardła, kiedy Demelza przywitała się z ludźmi, wokół których się ukryłam. Trafiłam prosto w gniazdo węży.
— Widzieliście może Ginny? Pytałam wszystkich, których znam, ale oni odpowiadali, że jeszcze przed chwilą przechodziła tędy. 
Chłopaki skierowali wzrok prosto w moją stronę, a ja panicznie pokręciłam głową. Patrzyłam na nich błagalnie, nawet złożyłam ręce jak do modlitwy. Prosiłam wszelkie bóstwa o to, żeby mnie nie wydali. 
— Tu jest — odezwał się jeden z nich tubalnym głosem. Zamarłam na swoim miejscu. 
Demelza schyliła się i poprzez ich nogi wypatrzyła mnie. Wolałam nie wiedzieć, jak głupio wyglądam. Usta rozchylone, włosy zwichrzone, a ubranie w nieładzie. Dodatkowo siedziałam na klęczkach. 
Tym razem czerwień rumieńców wystąpiła na całej twarzy.
— Ginny! — zaświergotała Demelza, a ja już teraz wiedziałam, że to się zbyt dobrze nie może skończyć. Wyciągnęła w moją stronę rękę, którą niechętnie przyjęłam i wydostałam się z gąszczu nóg, które mnie otaczały. — Merlinie, aleś się skryła. Szukałam cię po całej szkole, a ty zaszyłaś się u jakichś młodszych chłopców. — Starałam się udawać, że to ostatnie zdanie nie wywarło na mnie zbyt dużego wpływu.
Demelza podziękowała piątoklasistom i pociągnęła mnie za rękę. Po chwili udało mi się nadążyć za jej tempem.
Demelza Robbins była brunetką o brązowych oczach. Włosy miała ścięte do ramion oraz idealnie ułożone, jakby przebywała przed lustrem kilka godzin. Kiedyś z ciekawości liczyłam ile minut zajmuje jej przygotowanie się rano. Z ogromnym zdziwieniem zauważyłam, że nawet nie dziesięć, jak przypuszczałam. Wyszła z dormitorium w pełni ubrana, jakby wybierała się na wybieranie miss piękności. 
Bo Demelza Robbins naprawdę była piękna. Czasami zazdrościłam jej urody i charyzmy, dzięki której zyskała taką sławę w Hogwarcie. Miała ciepły wyraz oczu i łagodne usposobienie, co przyciągało chłopców. Dodatkowo grała w quidditcha. Dla wielu była wręcz przykładem do naśladowania. 
— Wiesz, kim byli ci piątoklasiści? — zapytała mnie, a ja pokręciłam głową. — Kandydującymi do drużyny na pozycję pałkarzy! Merlinie, widziałaś ich ciało? Są idealni! — Westchnęła.
— Jak dla mnie byli zwykłymi, owłosionymi gorylami — mruknęłam. — Niewdzięczne dupki. 
Odwróciłam głowę do tyłu, aby ujrzeć ich po raz ostatni. Wpatrywali się w nas jak wygłodniałe zwierzęta (mówiłam, że goryle!). Zachciałam pokazać im środkowy palec, jednak uznałam, że niemiło byłoby popaść w niełaskę przyszłych pałkarzy, o ile nimi zostaną. Dodatkowo moja reputacja, która i tak już stąpała po cienkim lodzie, na to nie pozwalała.
Po bitwie również byłam znana w Hogwarcie. Chcąc czy nie chcąc, niektórzy podziwiali mnie za to, że jako nieliczna spośród szóstoklasistów brałam udział w walce. Gdybym mogła cofnąć czas, zaszyłabym się w Pokoju Życzeń i nie wychodziła z niego, dopóki bitwa by się nie skończyła. 
— Och, przecież nic ci nie zrobili — zaperzyła Demelza. 
Nie chciałam dłużej ciągnąć tej bezcelowej konwersacji. Machnęłam na to ręką i skupiłam się na wymijaniu uczniów. Szukałam pośród nich Neville'a lub Lunę, którzy uratowaliby mnie od towarzystwa Demelzy. Robbins podziwiała Longbottoma, więc bez żadnych problemów wypuściłaby mnie ze swoich sideł. Lunę zaś uznawała za dziwaczkę, więc nie chciała z nią przebywać ani chwili dłużej niż to konieczne.
— Zrobiłaś może już esej na eliksiry? — spytała Demelza.
I to właśnie w takich chwilach jej idealny wizerunek zaczynał się sypać. Demelza była przeciętną uczennicą o nieprzeciętnej urodzie. Tak ją nazywałam, od kiedy zobaczyłam jej stopnie, które otrzymywała z egzaminów czy zadań. Nie wybijała się w nauce, tak jak w quidditchu. Jej ogromnym marzeniem było dostać się do Harpii z Holyhead, przez co główny nacisk dawała na grę. Nie interesowała ją reszta przedmiotów. Wiele razy dostawała szlabany za niewykonanie jakiegoś eseju lub zniszczenie sali do eliksirów. 
— Zrobiłam. — Pokiwałam głową. Zgodnie z tradycją dziewczyna zaraz poprosi mnie o esej, żeby mogła go przepisać. I tego w niej nienawidziłam – zawsze, kiedy miała do mnie prośbę, dostawała to, co chciała. A następnie się odwdzięczała.
Naprawdę nie cierpiałam jej idealnego wizerunku. Chciałam, aby chociaż raz nie była taka koleżeńska. Wtedy miałabym prawdziwy powód, aby jej nie lubić.
— Mogłabym? — Prędko zrozumiała, że mój humor szybko się zmienił z jako tako wesołego na pochmurny. — Oczywiście coś pozmieniam, aby nie było widać, że mamy taki sam.
Mruknęłam pod nosem krótkie potwierdzenie i zaczęłam grzebać w torbie. Po chwili odnalazłam w całości zapisany kawałek pergaminu. Podałam go Demelzie, która przyjęła esej z delikatnością. Uśmiechnęła się wdzięcznie w moją stronę. Naszły mnie wyrzuty sumienia, kiedy to wcześniej przeklinałam ją w myślach. Oczy błyszczały jej radośnie, a całą sobą pokazywała, że promienieje. Jakim cudem tak często myślę o niej w złych słowach, skoro jest taka miła i niewinna?
Dzięki wielkie, Gin. Kupię ci trochę pergaminu, bo wiem, że dość często go używasz — zawiadomiła.
Pożegnała się i pobiegła w nieznane mi miejsce, gdzie mogłaby w spokoju wszystko przepisać. Przez chwilę patrzyłam, jak jej włosy podskakują wraz z jej ruchami, dopóki kompletnie nie zniknęła wśród tłumu.  




15.09.1998r.
Mogę stwierdzić, że w całym swoim życiu naprawdę wiele osiągnęłam. Bardzo dobrze radzę sobie na lekcjach, w szczególności w eliksirach i obronie przed czarną magią. W przyszłości chciałam zostać aurorką bądź uzdrowicielką, choć to drugie bardziej do mnie trafiało. Przez moją niezgrabność stanie na straży prawa byłoby bardzo trudne. Pocieszałam się myślą, że przecież skoro Tonks się udało, to mi też. Jednakże był jeden problem – Alastor Moody nie żyje. Gdyby było inaczej, może miałabym szansę po znajomościach dostać się do biura aurorów. Szalonooki zawsze dostrzegał potencjał w ludziach, nawet takich jak ja czy Tonks. Teraz moje marzenia równie dobrze mogłyby uschnąć jak wszystkie rośliny, które kiedykolwiek miałam.
W zawodzie uzdrowiciela potrzebna była zdolność leczenia, czego szybko bym się nauczyła. Przy okazji trzeba zdać eliksiry na wybitny, co nie będzie dla mnie wielkim problemem. Od dziecka uwielbiałam tworzyć różne roztwory w szopie taty. Często mi w tym pomagał i siedział godzinami, dopóki nie uwarzyłam poprawnie eliksiru. Nie przeszkadzało mi to, a wręcz przeciwnie. Cieszyłam się, że ktoś pomaga mi w osiągnięciu perfekcji w dziedzinie, która najbardziej jest kojarzona ze Ślizgonami.
Problem stanowiło jednak zielarstwo. Neville i mama wiele razy pomagali mi zrozumieć w jaki sposób działają rośliny. Myślałam, że jest na nie taki sam sposób, jak z zaklęciami lub eliksirami. Że jeśli raz się coś zrozumie, nie będzie się miało problemów w przyszłości.   
Wyszło kompletnie inaczej.
Każda roślinka, którą miałam, w niedługim czasie umierała. Neville kiedyś dał mi fruwokwiat, na spróbowanie moich umiejętności w opiekowaniu się rośliną. Miał nadzieję, że traktując ją jak swoje dziecko (spróbuj! Pomyśl, że ono jest żywą osobą! Zobaczysz, że wtedy będzie lepiej!) uda mi się wyhodować kwiat w całości.
Opiekunką do dzieci też nie zostanę. 
Takim oto sposobem doszłam do martwego punktu. Nie wiem, co chciałabym robić w przyszłości. Przez krótką chwilę planowałam wyjechać do Charliego do Rumunii, lecz kiedy zauważyłam smoki, z jakimi pracuje, zdecydowałam, że praca na świeżym powietrzu nie jest dla mnie. Ani tym bardziej usmażenie przez takiego wielkoluda.
Uznałam, że inspiracja do zawodu przyjdzie z czasem. Mama też miała problemy z wybraniem pracy, dlatego swoją propozycję złożyła McGonagall długo po terminie. Czułam, że tak samo będzie ze mną. Ale nie chciałam być kurą domową. Cokolwiek związanego z rodziną odrzucałam natychmiastowo. Nie wiedziałam nawet, czy będę mieć jakiegokolwiek męża. Gdyby nawet, to i tak byłby szczyt moich marzeń.
Niegdyś marzyłam o Harrym Potterze, księciu z bajki. Bohaterze, który uratował moje życie w drugiej klasie. To było tak piękne, że aż nierealne. Bo nikt, ale to nikt, nie będzie miał Harry'ego na dłużej. Wielu próbowało, jak Cho Chang czy ja. I nawet się cieszę, że tak naprawdę nic z tego nie wynikło. 
Można uznać, że jestem pełna sprzeczności. Marzę o chłopaku, który będzie kochał mnie miłością piękną i bajeczną, ale, kiedy już taki pojawi się na horyzoncie, ja podkulam ogon i cieszę się ze swojej wolności. Związek, a potem małżeństwo, uznawałam za jej ograniczenie. A ja lubiłam być niczym taki ptak, lecący ponad światem w nieznanym kierunku. Tam, gdzie nurt poniesie mnie i tylko mnie. O ile przez niezgrabność nie wpadnę na twardy ląd, zderzając się z rzeczywistością.  
Jęknęłam cicho i opadłam na łóżko. Przytrzymałam bolący punkt na stopie, przez który wydawało mi się, że zostałam pokonana jednym ruchem. Kiwałam się to w przód, to w tył, lecz ten sposób nie pomógł, tak samo jak ściśnięcie palca. 
Nienawidziłam wszelkich komód czy szafek w dormitorium.
Żadna z dziewczyn nie miała przed sobą tajemnic (co ja osobiście uważałam za obdarcie z prywatności). Pożyczały, brały, czasami oddawały, niszczyły. Postanowiłam to wykorzystać, kiedy zauważyłam leżącą na szafce książkę o tytule "Zaklęcia zakazane i nieużywane". Widziałam ją kiedyś w dziale do zaklęć, jednak nigdy nie miałam szansy dłużej jej się przyjrzeć. Podchodząc po nią uderzyłam się o kant szafki, co niechybnie doprowadziło mnie do wielkiego bólu i przeklinania wszelkich drewnianych rzeczy w pokoju.
Zbliżała się cisza nocna, a moich współlokatorek wciąż nie było w Pokoju Wspólnym. Cieszyłam się z tego, bo nie chciałam, żeby dziewczyny wyśmiewały mnie i mój bolący palec. A w szczególności towarzystwo Demelzy jakoś mi obecnie nie odpowiadało.
Westchnęłam ciężko, chwyciłam książkę i powlokłam się do łóżka. Zasunęłam za sobą kotary, aby dać jasny znak towarzyszkom, że nie są mile widziane, jeśli spróbują je rozsunąć. Zagrzebałam się w pościeli i przy użyciu małej lampki stojącej na szafce zaczęłam czytać interesujące tematy. 
Większość traktowała o czarach, które już dawno wyszły z użycia. Znalazłam jedno ciekawe zaklęcie, które zachciałam w przyszłości wypróbować, więc zapisałam je na malutkiej karteczce przyklejonej do ściany za moją głową. 
Z czasem przysypiałam, ale starałam się zachować jasność umysłu, aby książka nie spadła mi na twarz. Usnęłabym w trymiga, gdyby nie dźwięki wchodzących do dormitorium współlokatorek, włączeniu większej ilości światła i trzaskaniu drzwiami do łazienki. Jak na trójkę dziewczyn, robiły wyjątkowo wiele hałasu. To jakieś rzucanie po pokoju nieznanymi z pochodzenia przedmiotami, to przesuwanie szafek, krzyki, czy w łazience dalej jest mydło. Gryfonizm, pomyślałam.
Ze znużeniem przewróciłam kolejną kartkę. Sunęłam wzrokiem po tekście, nawet nie do końca rejestrując znaczenie słów. Aż nareszcie trafiłam na jedno zdanie.

ZMIEŃ SWOJE ŻYCIE! 

Ciekawe, pomyślałam. Hasło brzmiało jak tani chwyt z jakiejś mugolskiej reklamy, która mówiła o nowej odżywce do włosów czy jadącym pojeździe. Nie wiedziałam dokładnie, jak się  takowy pojazd nazywa.
Przeczytałam całą stronę od początku. Zainteresowanie rosło z każdym akapitem, a znudzenie odeszło w siną dal. Współlokatorki ułożyły się do swoich łóżek i zapewne smacznie spały, a ja czytałam zabronione zaklęcie. I miałam zamiar je użyć.

     Incipere furorem należy do najprostszych, a zarazem najbardziej pociągających zaklęć z dziedzin magii. Sam czar wyzwala z siebie ogromny przepływ tajemniczości i euforii, która towarzyszy nawet czytającemu. Oplata ona wtedy osobę w swój niepowtarzalny sposób, pchając ją do nieodpowiednich zachowań, jeśli za długo będzie opierać się działaniu magii.
     Zaklęcie należy do dziedziny magii zakazanej, choć wielu czarowników przeciwstawiało się temu. Ginęli oni w niewyjaśnionych okolicznościach, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Po wielu takich przypadkach, społeczeństwo czarodziejskie zgodziło się, aby usunąć je ze spisu czarów i przekleństw. Rok później już każdy zapomniał o tym zakazanym zaklęciu.

Czary zakazane były moim konikiem. Nikt oprócz Luny i Colina nie wiedział, że param się z takim rodzajem magii. Nawet rodzice, którzy byli mi najdrożsi, nie znali mojej ciemnej strony, jak ja to lubiłam nazywać. Nie zrozumieliby, tak się usprawiedliwiałam. 
Nie używałam zakazanych zaklęć, to jasne. Często widziałam, jak Ślizgoni je stosują, lecz sama nie miałam odwagi, żeby ich tknąć. Czytałam tylko każdą informację o nieznajomym czarze, co chyba nie było takie złe. Jednak rodzice, w całości oddani Jasnej Stronie, nie zrozumieliby mojego zainteresowania. Zabroniliby mi dotykać książek traktujących o zakazanych zaklęciach i wprowadziliby ścisłą kontrolę. Uważałam, że w ten sposób zabraliby kawałek wolności, jaką dysponowałam. 
A wolność była jedną z niewielu rzeczy, które w życiu doceniałam.
Zabrałam się za dalsze czytanie. Co chwilę występowały słowa takie jak "zmienić bieg zdarzeń", "poznaj drugiego siebie" lub, co najgorsze ''a co by było, gdyby...". Pociągało, to prawda. Mroczna magia od zawsze przyciągała do siebie ludzi, a dopóki się jej opierałam, czułam coraz większe uzależnienie od niej oraz niezrozumiałą tęsknotę, która często się pojawiała. Rozumiałam, dlaczego Bellatriks oraz inni śmierciożercy uwielbiali ją stosować. Wywoływała euforię, ulgę, a nawet radość, jeśli użyło się w złych intencjach.
Odrzuciłam książkę do szafki. Wolumin był przesiąknięty czarną magią, czego wcześniej nie zauważyłam. Nawet w opisie zaklęcia "Incipere furorem" napisano, że wywołuje euforię. Skojarzenia z dziennikiem Toma Riddle'a odżyły w moim umyśle na nowo. Uzależnienie od przedmiotu było tak samo mocne, jak od czytania tej książki. 
Zakryłam się kołdrą po sam nos. Zacisnęłam oczy i przywołałam wspomnienie mamy, która nocami nuciła mi kołysanki. Nie robiła tego od lat, jednak ten czyn pozostał zakorzeniony w moim umyśle na zawsze. Kojarzył się z miłością, domem i rodziną, czyli tym, na czym najbardziej mi zależało.

~*~ 

Hej, hej!
Zebrałam się i napisałam rozdział, który zalegał mi na komputerze od czterech miesięcy :') Nie potrafię jakoś skupić się na dwóch czynnościach naraz, kiedy prowadzę jeszcze drugie opowiadanie xd
Jak wam podoba się taka Ginny? Postanowiłam nie kreować jej na wyrachowaną dziewczynkę, jaka jest na Ulubienicy Śmierci. Chciałam wypróbować ją od innej strony (matko, zabrzmiało to, jakbym była psychopatką próbującą testować ludzi xD).

3 komentarze:

  1. Ooo ale się cieszę, już zaczęłam tracić nadzieję, że to opowiadanie ruszy :D
    Powiem Ci, że zapowiada się fajnie. Ginny faktycznie jest inna. W porównaniu do tej z UŚ taka bardziej... normalna? Ma swoje marzenia i zainteresowania, chce przestrzeni. Ale trzeba powiedzieć, że uczy się ponadprzeciętnie, co jest nowością jeśli chodzi o kanoniczną Ginny. Widzę, że Twoją rudą znowu ciągnie w stronę eliksirów i czarnej magii. To ciekawa koncepcja.
    Jestem też ciekawa, co w Twoim świecie dzieje się ze Złotym Trio i czy będzie coś więcej na temat relacji Ginny z Harry'm. W końcu, jak sama przyznała, to był chłopak z jej marzeń. Czyżby doszła do wniosku, że ich życie byłoby zbyt idealne?
    No i ta kartka z książki nie daje mi spokoju. Coś czuję, że Ginny będzie chciała poeksperymentować.
    Pozdrawiam i czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ginny i eliksiry to jedyna rzecz, jaka będzie ją łączyć z UŚ xD Nie wyobrażam sobie, aby panna Weasley specjalizowała się w innej dziedzinie.
      Złote Trio pojawi się w następnym rozdziale. Planowałam bardziej pokazać relacje Ginny z innymi właśnie w następnym poście. A Harry... no cóż, to zawikłane xD
      Oj będzie eksperymentować B) To Gryfonka z krwi i kości, ciekawość zawsze zwycięży.
      Również pozdrawiam!
      CanisPL

      Usuń
  2. Bardzo długo zbierałam się nad skomentowaniem tego rozdziału. Nie wiem, dlaczego, ale wezmę się za właściwą treść :)
    Opowiadanie ciekawie się zapowiada. Panna Weasley różni się od swojej postaci, którą stworzyłaś w Ulubienicy. Teraz dziewczyna wydaje mi się bardziej normalna. Masz plusa za danie Ginny zamiłowania do nauki.
    I znowu ciągnie ją do czarnej magii. Ale tak to jest z Gryfonami, ciekawość zawsze zwycięży.
    Czekam na następny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń