4.6.17

Rozdział 2.

Brak komentarzy:


 Tekst nie był jeszcze betowany


16.09.1998r.
Momentami nie potrafiłam ścierpieć towarzystwa Demelzy tak bardzo, że po prostu wychodziłam z pomieszczenia, w którym obie przebywałyśmy. Przyczepiła się do mnie jak rzep do psiego ogona. Gdziekolwiek ja poszłam, ona również. Czasami bałam się, że wejdzie za mną do łazienki, a wtedy nie miałabym żadnych przeciwwskazań, żeby rzucić w nią Upiorogacka.
Bo Demelza była najbardziej natrętną osobą, jaką w życiu spotkałam. Przebijała nawet Hermionę, gdy ta włączała swój wymądrzały ton, za co mogłam Demelzie tylko przyklasnąć. Moja reakcja, gdy Robbins zaczynała gadać od rzeczy, wyglądała podobnie jak przed pierwszym rokiem, kiedy to poznałam Harry'ego Pottera - chciałam uciec jak najdalej od współlokatorki i żyć ze świadomością swojego tchórzostwa.
Oprócz natręctwa i gadatliwości Demelza była niesamowicie szczera. To jedna z niewielu cech, jakie u niej lubiłam. W każdej chwili mogłam udać się po radę, nawet nie tłumacząc dlaczego. Robbins wtedy jasno wykładała mi wszystkie fakty, nie bacząc na to, że mogłoby mnie to jakkolwiek zaboleć.
Pewnego dnia dziewczyna zdecydowała się "ulepszyć moje życie". Nie wiedziałam dokładnie o co jej chodzi, przynajmniej dopóki nie usadziła mnie przed lustrem w łazience. Patrzyła z zafascynowaniem w taflę z dziwnym uśmiechem przyklejonym do twarzy, a ja już wtedy zdałam sobie sprawę, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Siedziałam z nią sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu, czekając jak na jakąś karę, która niewątpliwie miała się pojawić. 
— Jestem mocno zaangażowana w twoją przemianę, Gin. — Nienawidziłam, kiedy ktoś zwracał się do mnie w ten sposób. Wiele razy powtarzałam jej, aby nie nazywała mnie "Gin". Wszystkie próby przemówienia jej do rozsądku kończyły się fiaskiem, jak moje plany dotyczące ułożenia sobie przyszłości. — Liczę, że przyjmiesz moją pomoc z otwartymi ramionami.
Nawet nie wiedziałam, kiedy jej głos stał się taki uroczysty, tak jakby wypowiadała karę nałożoną na skazańca. W rzeczywistości tak było, bo to, co dla Demelzy jest "przyjemnością", dla mnie stawało się pokaraniem Boskim.
— Jak myślisz, od czego zaczniemy? — Nachyliła się nade mną, a jej włosy nieprzyjemnie połaskotały mnie w nos. Skrzywiłam w grymasie twarz, którego Demelza miała szczęście nie dojrzeć w lustrze. Wystarczało, żebym to ja to zauważyła i nie chciała już nigdy więcej widzieć siebie z takim wyrazem. — Według mnie od tych twoich kłaków.
— A co ty do nich masz? — obruszyłam się. Demelza uśmiechnęła się pobłażliwie, a w jej oczach pojawił się przebłysk litości.
— To szopa. Merlinowi dzięki, że nie tak wielka jak u Granger. Nie chciałabym użyczać ci dwóch tubek Ulizanny, żeby na jeden dzień poskromić to monstrum na głowie. — Chwyciła moje włosy i powoli wypuszczała z rąk. Niczym kaskada opadały w dół, tworząc przy okazji piękny, pajęczy wzorek, na którym tysiące śmieci mogłoby osiąść. Postronna osoba zapewne śmiałaby się z tego i patrzyła poprzez luki w włosach na moją minę, która, swoją drogą, na miliony sposobów wyrażała swoje niezadowolenie. Czy Demelza była aż tak ślepa i nie widziała tego, iż zaledwie początek naszej cudownej metamorfozy zmienia się w prawdziwą katorgę? A może naumyślnie ignorowała ten fakt?
Nieważne. Tak czy siak, nie podobało mi się to zdanie się na łaskę dziewczyny, której nie trawię. Wystarczająco dużo problemów sprawiała jej obecność i towarzystwo na każdym kroku, od kiedy tylko wojna została zakończona.
Najbardziej przykrym był fakt, iż lubiłam swoją czuprynę.
Nie skupiałam całej swojej uwagi na pielęgnowaniu włosów – to nie ten typ kobiety ze mnie. Kilka razy przejeżdżałam po nich szczotką i tyle wystarczało na cały dzień. Nikt nie czepiał się moich kłaków, więc ja również stwierdziłam, że nie warto się na nich skupiać. Co prawda, miały marchewkowy kolor, jak również były wyjątkowo suche, ale nie zwracałam na to uwagi. Codzienne problemy dotyczące fryzury mnie nie dotyczyły.
— Nie sądzę, żeby było co u nich zmieniać. — Złapałam je brutalnie i przerzuciłam przez ramię. Demelza tylko wydymała usta, lecz nic więcej na temat moich włosów nie powiedziała. 
— No to może piegi? — Przyłożyła lico do mojego policzka i popatrzyła na twarz obsypaną masą malutkich, brązowych plamek. Pokręciła żałośnie głową, a ja znowu poczułam, jak jej włosy łaskoczą mój nos. — Nadają ci wygląd wieśniaczki, Gin. A uwierz mi, chłopcy na takie coś nie lecą. 
Wtem znieruchomiałam na swoim miejscu. Popatrzyłam z rozszerzonymi oczami na swoje odbicie w lustrze i aż nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą zostało rzucone.
— Czyli tu o nich chodzi? — Cała ta farsa związana z magiczną przemianą miała na celu przypodobanie się chłopakom?
Och, to chyba jakieś kpiny!
— Ależ oczywiście, że tak. Na Merlina, Ginny, myślałam, że szybciej się zorientujesz. — Gryfonka wydawała się zaskoczona faktem, że tak późno zorientowałam się w tym, co się tutaj dzieje. Podrapała się zastanawiająco w głowę, którą po chwili przechyliła na bok. A ja czułam, że za chwilę temperament mojej mamy znajdzie swoje ujście. — No cóż, nieważne. Proponuję użyć jakiegoś pudru, który jakoś zamaskuje te wielokropki...
— Poczekaj chwilę — przerwałam jej. Teraz to mój moment, aby wtrącić swoje trzy grosze. — Naprawdę wzięłaś mnie na jakąś odnawiającą kurację tylko dlatego, żebym zaczęła podobać się chłopakom? Przecież to idiotyczne! 
— Ginny, to genialny pomysł! Od czasu wojny wcale nie starasz się nad swoim wyglądem! — Bo gdybym chciała, na pewno stałabym się prawdziwą ślicznotką, która na koncie ma więcej chłopaków niż książek w biblioteczce. — Pamiętam, jak w piątej klasie uchodziłaś za najpiękniejszą dziewczynę w szkole. — Inni mnie tak postrzegali. Ja osobiście uważałam się za ponad przeciętną, ale za każdym razem dość skromnie przyjmowałam pochwały. — Wszyscy podziwiali cię za urodę oraz uzdolnienie w eliksirach i obronie przed czarną magią. A teraz? Zaniedbałaś się!
— Wybacz, że tak to odczuwasz — warknęłam, zaciskając pięści na kolanach. — Jakoś wygląd przestał mnie obchodzić, kiedy mój brat i najlepszy przyjaciel zmarli podczas bitwy. Ty naprawdę myślisz, że obchodzi mnie jakaś durna reputacja w szkole czy nawet inni chłopacy, którzy nigdy nie oddadzą mi bliskich? Co mi po urodzie, sławie, kiedy brak mi człowieka, którego traktowałam jak rodzinę? Może gdyby wojny nie było, a wszystkie te śmierci odeszły w zapomnienie, ja wciąż byłabym tą samą Ginny, którą wszyscy uwielbiają. Ale rzeczywistość jest inna. Ja jestem inna.
W gardle powstała mi ogromna gula wielkości brzoskwini. Nie chciałam płakać – nie przy Demelzie. Gdyby zamiast niej stała tu Luna, łzy mogłyby zacząć spływać ciurkiem po twarzy. Miałabym do kogo się przytulić, wypowiedzieć swoje żale, a potem znowu zacząć się uśmiechać z powodu jakichś niestworzonych historii, które pocieszyłyby mnie w trymiga. 
Ale nie. Bo to była Demelza, a nie Luna. A przy okazji ochota na płacz minęła mi wraz z powrotem do Hogwartu.
Gwałtownie wstałam ze swojego miejsca, przestraszając pannę Robbins. Stała z rozwartymi ze zdziwienia ustami, jakby po raz pierwszy zobaczyła mnie w takim stanie. Taką zasmuconą i nierozgarniętą. Aż uśmiechnęłam się kpiąco na ten widok, choć nie wiem, czy nie wyszedł z tego jakiś grymas. 
— Ja... — Zabrakło jej słów. — Przepraszam, Ginny. Naprawdę. Nie wiedziałam, że tak mocno przeżyłaś tę stratę.
Zaśmiałam się gorzko. No tak. Przecież sama nie straciła na bitwie nikogo jej bliskiego. Zaś śmierć Colina spłynęła po niej jak po kaczce, mimo sześcioletniej przyjaźni.
— Nie szkodzi. Przecież obydwie wiemy, że lubisz odgrywać bohaterkę i obrończynię biednych i zagubionych. — A Lunę i Neville'a przez tyle lat wyśmiewałaś z powodu ich inności. — Ale to nie szkodzi. Dobrze ci w tym idzie.
— Ginny, chciałam tylko zmienić twoje życie. Pokazać, że pomimo straty, wciąż jesteś silną i wesołą kobietą, której zasady nie dotyczą. — Zastanowiłam się, co miała wtedy na myśli. Nie byłam typem buntowniczki, która łamie wszystkie nakazy. Trzymałam się sztywno reguł ustanowionych przez dyrektora, a kiedy je łamałam, byłam skłonna nawet błagać na klęczkach o przebaczenie. — Po prostu chciałam zmienić bieg wydarzeń. — Ostatnie zdanie wyszeptała, a ja wiedziałam, że te słowa już na zawsze utkną w mojej głowie.
Zmienić bieg wydarzeń, zmienić bieg wydarzeń, zmienić... Incipere Furorem.
Uznałam, że zaczynam świrować. Odsunęłam się od Demelzy najdalej jak się dało, kiedy ta patrzyła na mnie zdziwiona. Zapytała cicho, co się dzieje, ale ja byłam w stanie tylko pokręcić głową, otworzyć szeroko oczy i uciec.
Jak szalona.
Nie byłam zdolna nawet nazwać swojego stanu. Znajdowałam się gdzieś pomiędzy zawieszeniem, strachem, a paniką. Wypadłam do dormitorium, gdzie napotkałam zdziwiony wzrok Hermiony i Amandy siedzących nad książkami. Przełknęłam ślinę, kiedy zauważyłam, że Granger trzyma na kolanach "Zaklęcia zakazane i nieużywane". 
Ten tom będzie nawiedzać mnie nawet w snach.




17.09.1998r.    
Następnego dnia sytuacja się uspokoiła. Zazwyczaj byłam twardą kobietą, która nie popadała w rozpacz, lecz tym razem żal musiał znaleźć swoje ujście, nawet w małym procencie. 
Nie chciałam wracać myślami do czasów wojny. Naprawdę dobrze było mi nie myśleć o tym, co się zdarzyło. Radziłam sobie wyśmienicie w odganianiu natrętnych obrazów Colina z otwartymi, pustymi oczami, wpatrującymi się w sufit. Gdzieś tam musiał znaleźć lepsze życie. Osobiście miałam nadzieję, że odnalazł upragniony spokój, o który, jak każdy z nas, marzył. Z tą taką różnicą, iż myślałam, że jak umrzemy, to razem, jak brat i siostra. Nierozłączna dwójka.
Krok po kroku było coraz lepiej. Czas goił rany, a ja żyłam dalej, skupiając się na odbudowie Hogwartu i nauce. Dobrze mi szło. Serce bolało mniej niż na początku, a mój umysł nie spowijały tylko wspomnienia związane z Colinem i Fredem. Przyzwyczaiłam się do straty, choć po nocach czasami śniły mi się ich twarze, zastygłe w różnych minach. Freda z uśmiechem, zaś Colina z odwagą i spokojem. 
Byłam umówiona na spotkanie z Nevillem i Luną w szklarni, czyli ulubionym miejscu chłopaka. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego on tak bardzo uwielbiał rośliny, skoro dla mnie były piętą achillesową. Ale akceptowałam jego zainteresowanie, tak jak Neville moje czy Luny.
Znajdowałam się tuż obok portretu Maximiliana Crowdy'ego, kiedy poczułam, że znowu przewracam się na wystającej płytce. Zawsze, ilekroć tędy przechodziłam, musiałam się potknąć i upaść na dokładnie tę samą płytkę. Spróbowałam podeprzeć się dłońmi, lecz skończyło się na tym, iż wylądowałam na łokciach. Pech uwielbiał mnie prześladować, nawet w nieodpowiednich momentach.
Z obrazu doszedł cichy śmiech Maximiliana. Sapnęłam i zgromiłam go wzrokiem, co wywołało tylko większe poruszenie wokół. Korytarzem nikt nie przechodził, ale inni czarodzieje z portretów również rechotali na swój sposób. Byli ubrani w odświętne, staroświeckie stroje, które sugerowały, że zmarli wiele lat temu oraz że znajdowali się wysoko w hierarchii. Kobiety wachlowały się wachlarzami, zaś mężczyźni trzymali się za ogromne brzuchy i śmiali wniebogłosy.
Zaczerwieniłam się i niezgrabnie wstałam z podłogi, czując ból w kolanach i łokciach. Zapewne obdrapane, westchnęłam. Schyliłam głowę, żeby nikt nie zobaczył moich rumieńców na twarzy. Jednakże Maximilian Crowdy był wyjątkowo spostrzegawczy.
— Moja droga — odezwał się donośnym głosem, w którym znajdowała się namiastka radości — nigdy wcześniej nie spotkałem kogoś tak niezdarnego. Za każdym razem, jak tędy przechodzisz, wyczuwam, że za chwilę upadniesz i rozbijesz głowę.
Zaczęłam gryźć dolną wargę. Jednym z moich tików nerwowych, kiedy się wstydziłam, było przeżuwanie ust. Chciałam się tego wyzbyć, lecz równie szybko odkryłam, że to działanie jest bezcelowe. Przyzwyczajeń nie można się wyzbyć.
— Nigdy nie grzeszyłam pamięcią w tak drobnych sprawach, jak wystająca płytka — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. — Nie na to moja głowa, sir. — Uznałam, że taki zwrot mile połechta jego ego.
Co do tego się nie pomyliłam. Maximilian zaśmiał się rubasznie i chwycił za ogromny brzuch. Drugą ręką podkręcał swojego wąsa, który, jak przystało na osiemnasty wiek, był idealnie przystrzyżony.
Aż miałam ochotę przytrzymać się za głowę. Rozprawianie na temat wyglądu sprzed trzech stuleci nie było na miejscu, szczególnie kiedy zamiast ruszyć się na spotkanie z przyjaciółmi, ja rozmawiam z obrazem. 
Wzięłam głęboki oddech i rzekłam na pozór pewnym głosem:
— Wybacz, sir Maximilianie, ale muszę już iść. — Nie chciałam się wgłębiać w szczegóły dotyczące mojego odejścia. Czas gonił.
— Ależ oczywiście, dziecko. — Popatrzył na mnie zaskakująco łagodnym i rozmarzonym wzrokiem. — Przyjdź tu jeszcze kiedyś, żebym mógł napatrzeć się na twoje oblicze. Tak miło widzieć znajomą twarz po dwudziestu latach. Wydajesz się w ogóle nie starzeć, dziewczyno, a to się chwali. Przez dwie dekady zachować młodość to niezły wyczyn.
— Co proszę? — Zdziwiłam się. Oddaliłam się najdalej jak mogłam, kiedy Maximilian spojrzał na mnie tym swoim świdrującym wzrokiem. Niebieskie tęczówki wydawały się wiedzieć więcej niż powinny. — Jakie dwie dekady? Może mnie pan z kimś pomylił? — spytałam niepewnie. Wzięłam torbę z podłogi i zarzuciłam na ramię, stawiając malutkie kroczki do tyłu. Nie opuszczałam spojrzenia z obrazu. — Kimś z rodziny na przykład? Wszyscy mówią, że mam podobne rysy twarzy do mamy. 
Maximilian pokręcił przecząco głową i tym razem wlepił we mnie twardy wzrok. Wyciągnął oskarżycielsko palec i nachylił się, aby optycznie być bliżej.
— Nie, nie, nie! — zaprzeczył. — Pamiętam cię doskonale. Ciebie i młodego Pottera. Zakradliście się tutaj w nocy, razem z jego przyjaciółmi. Młodzi buntownicy w piżamach postanowili wybrać się na wycieczkę nocną po Hogwarcie. — Prychnął. Czy to możliwe, aby obraz oszalał? 
"Teoretycznie niewiele rzeczy jest możliwych", mawiał kiedyś Tom. "Praktycznie... praktycznie wszystko da się zrobić".
— Maximilianie — zaczęłam łagodnie — mogę poprosić o więcej szczegółów? Na przykład, kiedy to było?  
Spokój w takiej sytuacji był niewskazany. Podeszłam do sprawy dość pobłażliwie, co akurat nie było w moim stylu. Zostałam nauczona, że każdy niepokojący moment trzeba wziąć na poważnie. Lecz w tej chwili miałam pewność, że najzwyczajniej w świecie chodziło o mnie, Harry'ego, Rona i Hermionę. Mogliśmy więcej wypić, dlatego nie pamiętałam takiego wydarzenia.
Maximilian znowu parsknął, a ja poczułam litość do tego obrazu. Widocznie zbyt wiele osób tędy przechodziło, dlatego Crowdy'emu zaczęło mieszać się w głowie.
Z drugiej strony obawiałam się, że to, co mówił, mogło mieć w sobie jakieś drugie dno. Intuicja, szósty zmysł, czy jak to inaczej nazwać, krzyczały, abym słuchała uważnie jego słów. Jak zazwyczaj, toczyły bitwę z rozsądkiem, który podchodził do sprawy z przymrużeniem oka.
Koniec końców intuicja zawsze zwyciężała. 
— Już mówiłem! Dwadzieścia lat temu! — Naburmuszył się i wymachiwał rękami na prawo i lewo. Przypominał mi mamę, która reagowała tak samo, kiedy Fred i George znowu coś nabroili. — A co to były za czasy! Naprawdę piękne. Dziwię się, młoda panno, że ich nie pamiętasz. Cała wasza szóstka była tak wyjątkowa... Merlinie, tak za wami tęskniłem. — Westchnął na końcu i z powrotem oparł się o krzesło za sobą. Opuścił wzrok na trzymaną w ręku butelkę po alkoholu i wymamrotał pod nosem niezrozumiałe mi słowa. Wydawał się taki zrezygnowany, kiedy siedział zgarbiony na swoim miejscu. Niczym stary pijaczyna, który nie ma w życiu wiele do stracenia
Pomyślałam, że lepiej oddalić się od tego miejsca, aby dać Maximilianowi jak najwięcej czasu na przemyślenie sprawy. Gdzieś w głębi serca obawiałam się, że obraz oszalał. Z punktu widzenia nauki to było niemożliwe, jednak żyłam w świecie magii, gdzie można osiągnąć wszystko, począwszy od nieśmiertelności, kończąc na odbiciu zaklęcia zabijającego. Magia sama w sobie była surrealistyczna, szczególnie dla mugoli. Więc dlaczego taka błaha sprawa, jak oszalały obraz, miałaby mnie zdziwić? Przecież to całkowicie normalne, zważywszy na wszystkie przygody, jakie przeżyła Wielka Trójca. 
A przynajmniej starałam się myśleć, że to normalne.
Stawiałam ciche kroki do tyłu. Nieświadomie wstrzymałam nawet oddech, aby Maximilian nie był w stanie mnie usłyszeć. Pomimo całej tej niechcianej ciekawości, wciąż bałam się, co Crowdy mógłby mi zrobić, nawet jeśli istniał tylko w obrazie. 
Będąc już za rogiem, puściłam się biegiem w stronę szklarni. Gdzieś tam czekał na mnie Neville, który chciał się ze mną spotkać i porozmawiać. Możliwe, że przez moje spóźnienie już poszedł do Wieży albo w miejsce, do którego udawał się, kiedy czuł się wyjątkowo samotnie. Wyparłam z pamięci sir Maximiliana i skupiłam się na drodze, którą musiałam pokonać, aby dostać się do Neville'a.
Po wojnie obydwoje staraliśmy się zapomnieć o naszym smutku. Zatapialiśmy go w alkoholu, dennych imprezach i papierosach. Każda z tych form nie pomagała, oprócz codziennych spotkań, które były jak wizyta u psychologa. Zwykła rozmowa wystarczała na cały dzień. Z czasem przyzwyczailiśmy się do straty, choć spotkania odbywają się po dziś dzień.
Neville był jednym z tych ludzi, którzy mieli chwilę sławy, a potem niknęli gdzieś za magiczną kurtyną. Często przyłapywałam się na tym, że myślę o nim jak o drugim Harrym. Cechowali się tą samą odwagą i altruizmem, choć tylko jeden z nich zajaśniał na dłużej. Zarówno Neville jak i Harry przewodniczyli w swoich małych wojenkach, jednak to Neville stał się spadającą gwiazdą. Jemu od zawsze było pisane pojawić się, zajaśnieć i zniknąć.     
Wybiegłam na błonia. Promienie słoneczne uderzyły mnie w twarz, a jesienne powietrze przyjemnie dotarło do nozdrzy. Uwielbiałam każdą porę roku – każdy zapach określający dany sezon. Podczas wakacji siadałam na parapecie w swoim pokoju, otwierałam okno na świat i obserwowałam cały krajobraz. W tle najczęściej leciała jakaś spokojna muzyka wygrywana przez radio, gdyż właśnie taka pasowała do moich rozważań o rzeczach mało i mniej ważnych. Od września do listopada spacerowałam po błoniach, ciesząc się ostatnimi wspomnieniami związanymi z latem, zaś w święta rzadko kiedy wychodziłam na dwór. We wiośnie sadowiłam się pod ulubionym drzewem i tam w większości przygotowywałam się na egzaminy.
Oczywiście jeśli Złota Trójca nie zakłócała mojego spokoju. 
Długo mogłabym rozwodzić się na ich temat, ale w tych czasach każdy czarodziej wiedział o nich więcej niż można przypuszczać. Przykładowo to, że Harry Potter ostatnio dostał zadowalający z obrony przed czarną magią. Albo że Hermiona Granger nie lubi lodów czekoladowych, o co Ron Weasley często się sprzecza, ponieważ "lody czekoladowe to największe cudo, jakie świat wymyślił". Ewentualnie wszyscy mówią o szczęśliwym, a zarazem kłótliwym związku Rona i Hermiony.
Kiedyś zastanawiałam się, co tak naprawdę ludzie widzą w trójce przyjaciół. Zwykłych dzieciaków żyjących w okrutnych czasach? Tego na pewno nie. Czarodzieje za takich dzieciaków uznawali mnie, Neville'a, Colina, Lunę czy Demelzę, bo byliśmy mniej znani. Ale Harry Potter, Ron Weasley i Hermiona Granger? Toż oni dorośli, w końcu mieli siedemnaście lat, kiedy zaczęli walczyć w imię dobra całej ludzkości. Jednak ludzie nie zwracali uwagi na to, iż w Hogwarcie sytuacja wcale nie była lepsza niż na zewnątrz. Ba! Całkowicie lekceważyli fakt, że zamiast obrony przed czarną magią pojawiła się nauka o czarnej magii albo to, że każdy uczeń głodował z powodu niedostatku jedzenia lub, jak kto woli, rozkazu Czarnego Pana o zmniejszenie ilości jedzenia. Nie wspominając o tym, że około dziesięciu uczniów zmarło w tym okresie z wygłodzenia, a dwóch podczas tortur śmierciożerców. Jednak dla czarodziejów to nie było takie ważne, bo wszyscy pokładali nadzieję w Złotej Trójcy i jej werwy w walce.
Tak, jasne. Werwy wielkości mojego środkowego palca.
Powróciwszy do parszywej rzeczywistości zauważyłam, że stanęłam tuż przed wejściem do szklarni. Nad drzwiami wisiała tabliczka z wyrytym napisem "SZKLARNIA NUMER 8". Zapewne za czasów świetności tego szyldu musiała wyglądać naprawdę imponująco, jednakże teraz była najzwyczajniej w świecie obdrapana, pobrudzona (to od roślin, jak tłumaczyła nauczycielka) oraz brzydka. Z drugiej strony przypominała o milszych latach spędzonych w szkole lub o ogromnym strachu Colina przed roślinami i zwierzętami (nie wejdę tam, choćby dano mi roczny szlaban na fotografowanie i możliwość ponownego porozmawiania z Harrym Potterem!).
Nacisnęłam powoli klamkę, obawiając się, czy żadne narzędzia ogrodnicze nie zwalą mi się na głowę. Pewnego razu przybiegłam do Neville'a i Luny, żeby pochwalić się tym, że dostałam powyżej oczekujący na transmutacji. Z impetem wpadłam do pomieszczenia i nim zdążyłam się zorientować, całe cholerstwo spadło mi na głowę. Tego też dnia dołączyłam się do Colina i jego buncie przeciwko wchodzeniu do szklarni numer osiem.
— Neville? — zawołałam. Krzyczenie w szklarni nie było szczególnie dobrym pomysłem, jednak tym razem nie miałam innego wyjścia. Musiałam wiedzieć, czy Neville wciąż tu jest i nie uciekł gdzieś w opuszczone miejsce, o którym nie miałabym zielonego pojęcia. A takich pomieszczeń w Hogwarcie jest bardzo dużo. 
Ruszyłam do przodu. Wilgotne powietrze oblepiło moją twarz, z kolei włosy musiały zacząć nabierać w swej objętości. Cała szklarnia była jasno oświetlona. Na każdym możliwym miejscu stały donice z roślinami, nawozy, rękawiczki czy narzędzia ogrodnicze. Po podłodze walała się masa wysypanej ziemi, a wśród niej listki, łodygi i płatki kwiatów. Na bokach ustanowiono szafy, na których powieszono fartuchy i nauszniki. Pośrodku pomieszczenia znajdował się drewniany stół z wyżłobionymi wzorami, imionami, datami i czym się jeszcze da. 
W sumie było dość przyjemnie. Nauczycielka, a zarazem opiekunka domu Hufflepuff, nie dopuściłaby, aby w jej szklarniach panowała nieprzyjemna atmosfera. Prędzej dałaby sobie zabrać dziesięć roślin niż doprowadzić do niemiłego klimatu.
Nagle usłyszałam trzask, potem huk, a na samym końcu siarczyste przeklinanie i zaklinanie na śmierć wszystkiego, co żywe. Po chwili obok stołu wytrysła woda jak w mugolskim zraszaczu, ochlapując wszystko co stało w promieniu kilku metrów, w tym mnie. Pisnęłam i szybko schowałam się za najbliższą szafą, a promień wody, niczym jakiś ptak, zapikował w moją stronę. 
— No do jasnej cholery! Duro! — Naraz głowa Neville'a wychynęła zza stołu i chłopak rzucił zaklęcie na coś, co znajdowało się pod meblem. Z tej odległości nie mogłam dokładnie ujrzeć tej rzeczy, lecz przypuszczałam, że musi to być coś mugolskiego. Neville potrafił włączyć urządzenie, jednak z wyłączeniem go miał niemałe problemy, tak więc najczęściej transmutował je w kaczkę lub drewno, w zależności od poziomu trudności.
Ostrożnie wyszłam zza szafy, starając się robić jak najmniej hałasu. Mugolskie przedmioty miały to do siebie, iż nigdy nie wiadomo, czy nagle nie wybuchną ci w twarz. Mój tata postanowił niegdyś zamontować żarówki w domu. Tak się zdarzyło, iż jedna z nich eksplodowała tuż obok niego. Co dziwne, ojciec jeszcze bardziej zainteresował się tym wynalazkiem, choć każdy myślał, że już nigdy nie weźmie do ręki niczego mugolskiego. Po namyśle uznałam, iż to tak jakby przestał kolekcjonować baterie – wręcz niemożliwe. Musiałby zdarzyć się cud, aby tata stracił chęć do poznawania niemagicznego świata.
Neville oparł się o szafę i odetchnął głęboko. Z daleka widziałam ulgę wymalowaną na jego twarzy. Nigdy nie potrafił kontrolować swych uczuć, szczególnie w chwilach strachu lub złości. Zupełnie jak Harry. Jedyną różnicą było to, że Neville w porównaniu z Harrym był oazą spokoju i nigdy nie rwał się na łeb na szyję do walki. Raczej podejmował rozważne ruchy oraz planował dokładnie każdy krok, bo, mimo tego, co Malfoy mówił, Neville był sprytną osobą. Potrafił zadbać o dobro innych, krzywdząc jak najmniej osób.
— Możesz się nie skradać, Ginny. Sytuacja opanowana.
Oprócz tego Neville miał jakiś rentgen w oczach, ponieważ za każdym razem dostrzegał coś, czego normalny czarodziej nie byłby w stanie zauważyć. Za dawnych czasów próbowałam nauczyć się tej sztuki patrzenia, aczkolwiek mogłam z czystym sumieniem przyznać, że to Neville był mistrzem w tej dziedzinie i nic ani nikt go nie pobije. Nawet Draco Malfoy, uważany za mistrza w wielu rzeczach.
Neville patrzył, jak poruszam się niezgrabnie w jego stronę z ogromnym rumieńcem na twarzy. Po drodze uderzyłam się o kant stolika, na co wydałam odgłos przypominający syk, zaś Gryfon wydawał się lekko rozbawiony. Osobiście nie widziałam w tym nic zabawnego. 
Podczas wojny Neville dorósł pod względem fizycznym i psychicznym. Nie wyglądał już jak podrostek, tylko bardziej jak jego ojciec. Z kolei z małego, zastraszonego dziecka zmienił się na pewnego siebie mężczyznę.
Jak Harry.
— Mógłbyś przestać? Czuję się trochę niezręcznie — mruknęłam, mając nadzieję, że Neville zaprzestanie przyglądania mi się w taki sposób.
— Ale ja nic nie robię. — Oprócz jawnego śmiania się ze mnie. Uwielbiałam chłopaka za pozytywne patrzenie na świat, aczkolwiek w niektórych wypadkach chciałabym, aby zachował choćby minimalną powagę. Jak na przykład teraz – jego rozbawiony wzrok wcale nie pomagał mi w odzyskaniu dobrej twarzy. 
Ominęłam rozbitą doniczkę i w końcu stanęłam obok przyjaciela, wpatrując się dokładnie w ten sam punkt co on. 
— Mugolski zraszacz? — zapytałam, rozpoznawszy przedmiot, który wyrobił niemało hałasu. — Po co ci on? 
Wciąż miałam nieprzyjemne wspomnienia związane z narzędziami ogrodniczymi, więc podeszłam do sprawy dość pesymistycznie. Może i przemogłam się i wchodziłam do szklarni, choć za każdym razem uważnie obserwowałam każdy przedmiot znajdujący się w pomieszczeniu. Nigdy nie wiadomo, czy coś nie zaatakuje cię w najmniej odpowiednim momencie. 
Całą swoją uwagę skupiłam na Neville'u i jego zraszaczu. Sam chłopak wydawał się sfrustrowany przyrządzeniem. Kilka dni temu opowiadał mi o magicznej mugolskiej technologii, używanej do hodowania roślin. Podobno zakupił u jakiegoś sprzedawcy zraszacz, który, jak przysięgał mężczyzna, bardzo pomoże w nawadnianiu kwiatów, a dodatkowo ułatwi pracę ogrodnikowi.
— Skąd wiesz, co to jest? — zdziwił się Neville.
Na miejscu rozpryskiwacza stał kamień. Dorodnej wielkości, można by rzec.
— Bo ja w porównaniu do ciebie uważam na zajęciach, więc wiem, że zaklęcie Duro przemienia każdy przedmiot w kamień. Swoją drogą, nie przesadziłeś przypadkiem? Wygląda jak ananas — stwierdziłam, patrząc sceptycznie na Neville'a. Gryfon zarumienił się lekko, lecz zaraz potem spróbował odzyskać rezon. 
— Uznałem, że jak już ratować przerażone dziewczyny, to z hukiem. I wiem, że lubisz ananasy, Ginny. — Wyszczerzył bezczelnie zęby. 
Uśmiech na jego twarzy sprawiłby mi wiele radości, gdyby nie to, iż rana znajdująca się na jego prawym policzku dwukrotnie się poszerzyła. Na myśl przywodziła piorun rozciągający się od skroni aż po dołeczki, blady i szeroki. Pamiątka wojenna, pomyślałam z goryczą, przypomniawszy sobie ten chwalebny dzień, kiedy wraz z Nevillem, Colinem i Luną zostaliśmy zabrani na tortury do domu Malfoyów, ażeby zdradzić kryjówkę Zakonu i położenie Wielkiej Trójcy.
Kolejny klocek do mojej budowli na cześć niechęci do Złotych Dzieciaków.
Do dziś pamiętam przeraźliwe wrzaski Colina podczas rozcinania brzucha, szloch Luny w naszej celi oraz ryk Neville'a. Ryk człowieka, któremu wylano na twarz kwas. Dla Bellatriks była to czysta przyjemność, takie tortury odbywały się wręcz każdego dnia. Powoli, z upływem każdej godziny, zaczynaliśmy tracić poczucie czasu, zaś nasze instynkty samozachowawcze szalały niczym wygłodniały potwór, który domagał się jedzenia. W naszym przypadku jedzeniem było wszystko, co pozostawiało po sobie choćby odrobinę normalności. 
Ileż to ja bym dała, aby powrócić do okresu piątego roku, kiedy nie musiałam przejmować się wojną i śmiercią.
Obserwując uśmiech Neville'a (a przy okazji nie umiejąc stwierdzić, czy jest on prawdziwy, czy nie) uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy pozmieniało się w ciągu ostatnich dwóch lat. Z całą przykrością musiałam stwierdzić, iż na pewno wydoroślałam – choć naprawdę nie chciałam – gdzie, w normalnych okolicznościach, nie nastąpiłoby to tak szybko. Zaczęłam doceniać każdą chwilę życia, piękną czy okropną. A przede wszystkim, na szczycie tych wszystkich rzeczy, moje relacje z innymi osobami wykonały obrót o sto osiemdziesiąt stopni, wywracając do góry nogami całe moje postrzeganie świata. Bo kto by się spodziewał, że ja, Ginny Weasley, zacznę darzyć Wielką Trójcę szczerą niechęcią i podziwiać Severusa Snape'a oraz Narcyzę Malfoy? Zakrzywione postrzeganie, jak mówię.
— Czemu mi się tak przyglądasz? Jestem gdzieś brudny? — Neville prędko potarł swoją twarz czarną od brudu szmatką, leżącą gdzieś nieopodal. W efekcie wyglądał, jakby został obsmarowany smarem. Nie mogąc się powstrzymać, parsknęłam ze śmiechu.
— Merlinie, wyglądasz jak Seamus, kiedy próbował przerobić wodę w bimber. Brakuje ci tylko sterczących włosów.
— To się akurat da załatwić. — Ponownie uśmiechnął się szeroko i tym razem nie miałam wątpliwości, iż jest to całkowicie szczerze.  
— Swoją drogą, po co ci był potrzebny zraszacz? — Z tego co wiedziałam, do nawadniania roślin w szklarni nie potrzeba żadnych mugolskich przyrządzeń.
Neville popatrzył sceptycznie na kamień.
— Chciałem wypróbować jego działanie. Gdyby okazało się użyteczne, używałbym go w swoim ogrodzie. Wystarczy, że rzuciłbym odpowiednie zaklęcie, żeby zraszacz zaczął działać, a ja nie musiałbym się martwić o rośliny, kiedy będę na wyjeździe.
Neville już od roku planował wyjazd dookoła świata wraz z Luną. Jak stwierdził, pożytek płynąłby z obydwu stron – on badałby magiczne rośliny, a Luna zaś magiczne stworzenia. Ja co najwyżej mogłabym robić zdjęcia.
Co w sumie nie jest takie złe. Fotografowanie tak na dobrą sprawę przynosi dużo zabawy i jest dobrze opłacalne. Plus zachowałabym pamięć o Colinie.
— I jak? — spytałam, nie do końca pewna, czy Neville osiągnął takie wyniki, jakie chciał.
— Cudowne! — zawołał z entuzjazmem. W jego oczach zabłysły wesołe ogniki, które od ostatniego roku widziałam około trzy razy. Mały wynik jak na dwanaście miesięcy. — W ogóle, zobacz, co przy okazji znalazłem! Od siedmiu lat siedzę w tym miejscu i dopiero dzisiaj to zauważyłem! — Chwycił mnie za ramię i poprowadził w stronę stanowiska, przy którym zawsze sadowił się na zielarstwie.
Z niemałym rozrzewnieniem spoglądałam na mandragory usadzone przy każdym miejscu dla ucznia. Kilka lat temu to ja tutaj siedziałam i pielęgnowałam te rośliny. Za każdym razem wychodziłam z lekcji cała umorusana lepkim, zielonym płynem, pełnym jakichś niezidentyfikowanych pyłków. Nie zmienia to jednak faktu, iż mile wspominam te lekcje. Razem z Colinem rzucaliśmy żarty na temat mandragor, co akurat nie podobało się nauczycielce, tak więc ze wszystkich zajęć wychodziliśmy z co najmniej jednym szlabanem.
Stanęliśmy obok jakiegoś rozlatującego się krzesła z jedną nogą krótszą od innych. 
— Patrz! — Neville wskazał ręką na stolik. 
Przybliżyłam twarz w pokazane miejsce. Wokół znajdowały się rozsypane grudki ziemi. Odgarnęłam je ręką, aby po chwili zobaczyć małe literki przedstawiające inicjały.
Uniosłam brew do góry i spojrzałam pesymistycznie na Neville'a. Nie mogłam uwierzyć, iż zaciągnął mnie tu, żeby pokazać inicjały głupich dzieciaków nie mających szacunku do przedmiotów posiadania szkolnego.
— I? — spytałam, brzmiąc trochę zbyt ponuro. Czy doprawdy Neville nie miał nic lepszego do roboty niż ekscytowanie się idiotami? Czy to nie uwłaszczało jego oraz mojej godności (profesor Umbridge niegdyś wyraziła się w ten sposób, co bardzo szybko podłapałam), zważywszy na fakt, że jesteśmy już dorośli?
Neville wydął wargi i zamaszystym ruchem odrzucił z oczu grzywkę. Często tak robił, kiedy wydawał się czymś zirytowany – a w tym wypadku mną – ponieważ, tak samo jak ja, musiał czymś zająć swoje dłonie, a jedynym wyjściem pozostawało odrzucanie grzywki. A żeby zachować harmonię w życiu, po wojnie też postanowiłam ją sobie sprawić. Jak sama siebie przekonywałam, to znak nowego początku, ale to miało głębsze dno. Jednakże tym głębszym dnem na pewno nie było upodobnienie się do Neville'a, co to to nie.
— Naprawdę tego nie widzisz? Przyjrzyj się dokładnie tym inicjałom i skojarz je ze znanymi osobami.
Po westchnieniu postanowiłam zrobić tak, jak mi nakazano. Z pewnym pobłażaniem spojrzałam na wyryte znaki i dopiero po tym coś mi zaświtało w głowie.
— "J.P, S.B, R.L" i "P.P"? — parsknęłam, choć wcale do śmiechu mi nie było. — Że niby Huncwoci?
— A pomiędzy tymi dwoma pierwszymi? 
Rzuciłam wzrokiem na inicjał, który na początku zignorowałam.
— "H.C"? To znaczy?
Neville wzruszył ramionami, zaś mi od razu zrzedła mina.
— Właśnie próbuję się tego dowiedzieć. Ale nie uważasz, że to takie fascynujące? Huncwoci pozostawili po sobie więcej znaków niż można przypuszczać.
Rzeczywiście, to było bardzo ekscytujące, a szczególnie dla kogoś, kto był fanem Huncwotów (jak Neville) i chciał wiedzieć o nich jak najwięcej (jak Harry i Neville). Mnie zaś niezbyt to obchodziło, choć musiałam przyznać, iż w pierwszym odruchu poczułam niemałe zaciekawienie. I w sumie dalej je odczuwałam.
— Nie masz żadnych informacji na temat tajemniczego "H.C"? Och, to takie zaskakujące — sarknęłam, nie mogąc się powstrzymać. 
Naprawdę rzadko zdarzało się, aby Neville nie wiedział czegoś o Huncwotach. Swą wiedzą o nich przerastał nawet biednego Harry'ego, który, nie mając już do kogo się zwrócić, prosił Neville'a o opowiedzenie czegoś o jego rodzicach. Z jednej strony przygnębiające, zaś z drugiej... z drugiej jeszcze bardziej przygnębiające.
— I to w tej sprawie zawołałeś mnie na spotkanie? — spytałam. 
— A po co innego? — Spojrzał na mnie zdziwiony. 
Skuliłam ramiona i wręcz od razu przybrałam na tyle obojętną minę, na jaką było mnie stać. 
Czyli Neville nie potrzebował już żadnego pocieszenia. Wyleczył się z całego smutku. To dobrze, mówiłam sobie, przynajmniej jedno z nas znalazło ukojenie. Zajął się swoim zainteresowaniem i dziwną fascynacją, której dotąd nie rozumiem. 
A ja? Ja sobie poradzę.
Naprawdę ucieszyłam się z powodu Neville'a. Zapomniał – i dobrze; ból minął – też dobrze. Nie byłam pieprzoną egoistką, aby użalać się nad sobą i swoją w miarę działającą psychiką na ramieniu przyjaciela, który stał się szczęśliwy. Acz może to zbyt duże słowo. Po prostu pogodzony. 
— Myślałam... myślałam, że spotkamy się z tego samego powodu, co zawsze — wymamrotałam, ale Neville i tak to usłyszał.
— Ginny... — Westchnął. Aż miałam ochotę uderzyć się za ostatnie powiedziane przeze mnie zdanie. Już nawet Longbottom odczuwał litość do mojej osoby.  
Głupia, głupia Ginny!, zganiłam się. Myślałaś, że wszystko będzie trwać wiecznie? Myślałaś, że żal po wojnie już na zawsze zagości w waszym życiu? Głupia Ginny!
— Dzisiaj rano dostałem nagłego olśnienia. — Jak przypuszczałam, Neville rozpocznie swój wywód. — Obudziłem się, spojrzałem na opadające z drzew liście i myślę sobie: "Kurde, przecież ludzkie życie jest jak te listeczki - kwitną, a następnie usychają, by dać miejsce ich następcom". I zrozumiałem, że nie ma sensu dalej płakać nad rozlanym mlekiem. Biegu wydarzeń nie da się zmienić.
Wziął głęboki oddech, ale ja, zamiast słuchać przyjaciela, odwróciłam się gwałtownie na pięcie i rzuciłam biegiem do wyjścia z szklarni. Neville krzyknął zaskoczony, gdzieś po drodze przewróciłam krzesło bądź dwa, ale to nie było ważne. 
Znów, niczym jakieś fatum, formułka Incipere Furorem zabrzęczała w mojej głowie, boleśnie obijając się o każdy zakątek umysłu. Jak to, do cholery, możliwe, żebym cały czas napotykała się na właśnie to zaklęcie? Z każdym krokiem przybliżałam się do histerii, ponieważ czułam, że to nie przypadek, iż to właśnie mnie to spotyka. Jakby wszystko starało mi się pokazać, że muszę coś z tym zrobić, bo jak nie, to doprowadzi mnie na skraj wytrzymałości.
Dlaczego, dlaczego, biłam się w myślach, przemykając obok Wierzby Bijącej, a następnie chatki Hagrida, dlaczego sięgnęłam po tę zakichaną książkę?
Dobiegłam do Sali Wyjściowej cała zdyszana oraz z rumieńcem palącym moją twarz. Oparłam się o ścianę, aby wyrównać oddech, lecz zaraz natychmiastowo się od niej odbiłam. A w głowie miałam już tylko jedno: porozmawiać z sir Maximilianem. 

*** 

Edit: Bardzo dziękuję za dodanie mojego bloga na blog maja! Jest mi tak strasznie (cholernie!) miło z tego powodu! Tak więc zapraszam na głosowanie na Księdze Baśni!
Jeszcze raz serdecznie dziękuję!

21.4.17

Rozdział 1.

3 komentarze:

 Tekst zbetowała Katja.

14.09.1998r.
Ostatnimi tygodniami atmosfera w Hogwarcie była wręcz nie do zniesienia. Pierwszoroczni uczniowie w końcu odnaleźli bibliotekę, która jak dotąd pełniła funkcję mojego azylu. Dotychczas mogłam się tu schronić, żeby na chwilę odpocząć od całego tego zgiełku na korytarzach. A teraz? Siedziałam w dziale wróżbiarstwa, ponieważ tylko tam zostały wolne miejsca. Czułam rozchodzący się w powietrzu zapach starości ksiąg, które, jak mniemałam, były wyjątkowo rzadko używane. Regały obdrapane, jakby jakiś kot wszedł do pomieszczenia i przejechał po drewnie pazurami. Najgorszy z tego wszystkiego był kurz, który pokrywał każdy przedmiot grubą warstwą. Filch zapewne postanowił zignorować tę część biblioteki.
Wiedziałam, że ukrywanie się tu niczemu nie pomoże. Kiedyś musiałam wyjść na korytarz, żeby odetchnąć. Zapach biblioteki, choć przyjemny, na dłuższą metę potrafił przyprawić o ból głowy. A także odcinanie się od reszty uczniów nie było dobre. Inni nazywaliby to ucieczką, ale ja uważałam, że to prosty sposób na chwilę relaksu. 
Po raz ostatni rozglądnęłam się po pomieszczeniu i, z niemałą rezygnacją, wstałam. Spakowałam podręczniki do torby i po pożegnaniu się z bibliotekarką wyszłam. Na korytarzu starałam się jak najbardziej wniknąć w tłum. Nie chciałam być zauważona przez kogokolwiek z mojego roku. Mijałoby się to z celem, dla którego ukryłam się w bibliotece, w najmniej uczęszczanym kącie. 
Przepychałam się łokciami, żeby jak najszybciej dotrzeć do dormitorium. Kilka młodszych uczniów patrzyło za mną z naganą, jakby oczekiwali, że przeproszę ich za małe poszkodowanie. Zaś ci starsi starali się ignorować moje poczynania, choć widziałam, jak niektórzy odwracali w moją stronę twarz.
Będąc na ostatnim roku nauki, wcale nie czułam zapachu wolności, o którym opowiadali nam nauczyciele. Przekonywali, że nadchodzą najpiękniejsze dla nas czasy. Czasy, w których osiągniemy coś, cokolwiek by to nie było, w naszym życiu. I choć ja w to szczerze wątpiłam, inni byli wręcz zachwyceni wizją dorosłości. Możliwość zarabiania na własne utrzymanie, samodzielność, brak nauki – to im się marzyło. Ja pragnęłam jedynie skończyć szkołę z dobrymi ocenami. 
Kiedy przechodziłam korytarzami, widziałam odnowione ściany, wymienione okiennice, wypolerowane żyrandole. Wszystkie zmiany zostały dokonane w czasie odbudowy Hogwartu. Byłam dumna z efektów, jakie prezentowała nasza praca, ale nie czułam już tej wszechobecnej starości, jaką wcześniej przedstawiała szkoła. Tęskniłam za zabytkami, dawnymi obrazami, które zostały zniszczone podczas bitwy. Członkowie Zakonu odnajdywali szczątki waz i portretów w rozmaitych miejscach, w których również zalegał gruz.
Hogwart nie stracił na swojej świetności, to pewne. Jednak atmosfera wydawała się inna, jakby obca, szczególnie dla starszych uczniów, którzy znali starą szkołę na wylot. Nagle okazywało się, że odbudowana szkoła już nie miała wiele wspólnego z poprzednim Hogwartem.
Starałam się nie uczestniczyć w rozmowach o bitwie o Hogwart. Często siódmoklasiści zbierali wokół siebie grupkę młodszych uczniów i opowiadali o wspaniałych wyczynach, jakich dokonywali w czasie walki. Chwalili Harry'ego Pottera, Rona Weasleya oraz Hermionę Granger za odwagę, którą wykazali się na polu bitwy. O innych zapominali – dzielność Neville'a poszła w zapomnienie, Colin został legendą, a Luna... cóż. Luna jak była dziwaczką, tak dalej jest.
Potknęłam się o wystającą kostkę, ale szybko odzyskałam równowagę. Nie cechowałam się tak dużą niezdarnością jak Tonks, jednak moje ruchy zawsze wydawały się niezgrabne. Może dlatego nigdy nie polubiłam gry w quidditcha. 
— Cholera jasna — przeklęłam. Rozejrzałam się na boki i, widząc dużą gromadę uczniów, prędko skoczyłam w ich stronę. Popatrzyłam na nich przepraszająco, a kiedy dodatkowo zgromili mnie wzrokiem, zarumieniłam się po czubki uszu.
Z przeciwnej strony nadchodziła Demelza Robins. Z uśmiechem witała każdą znajomą osobę, ale wiedziałam, że tak naprawdę poszukuje mnie. Skuliłam się jeszcze bardziej na swoim miejscu, ocierając się o jakiegoś piątoklasistę. Czułam się naprawdę głupio, ukrywając się przed szkolną gwiazdą, lecz nie mogłam nic na to poradzić. Przebywanie w towarzystwie znanych osób nigdy nie napawało mnie optymizmem.
Serce podeszło mi do gardła, kiedy Demelza przywitała się z ludźmi, wokół których się ukryłam. Trafiłam prosto w gniazdo węży.
— Widzieliście może Ginny? Pytałam wszystkich, których znam, ale oni odpowiadali, że jeszcze przed chwilą przechodziła tędy. 
Chłopaki skierowali wzrok prosto w moją stronę, a ja panicznie pokręciłam głową. Patrzyłam na nich błagalnie, nawet złożyłam ręce jak do modlitwy. Prosiłam wszelkie bóstwa o to, żeby mnie nie wydali. 
— Tu jest — odezwał się jeden z nich tubalnym głosem. Zamarłam na swoim miejscu. 
Demelza schyliła się i poprzez ich nogi wypatrzyła mnie. Wolałam nie wiedzieć, jak głupio wyglądam. Usta rozchylone, włosy zwichrzone, a ubranie w nieładzie. Dodatkowo siedziałam na klęczkach. 
Tym razem czerwień rumieńców wystąpiła na całej twarzy.
— Ginny! — zaświergotała Demelza, a ja już teraz wiedziałam, że to się zbyt dobrze nie może skończyć. Wyciągnęła w moją stronę rękę, którą niechętnie przyjęłam i wydostałam się z gąszczu nóg, które mnie otaczały. — Merlinie, aleś się skryła. Szukałam cię po całej szkole, a ty zaszyłaś się u jakichś młodszych chłopców. — Starałam się udawać, że to ostatnie zdanie nie wywarło na mnie zbyt dużego wpływu.
Demelza podziękowała piątoklasistom i pociągnęła mnie za rękę. Po chwili udało mi się za nią nadążyć.
Demelza Robins była brunetką o brązowych oczach. Włosy miała ścięte do ramion oraz idealnie ułożone, jakby przebywała przed lustrem kilka godzin. Kiedyś z ciekawości liczyłam, ile minut zajmuje jej przygotowanie się rano. Z ogromnym zdziwieniem zauważyłam, że nawet nie dziesięć, jak przypuszczałam. Wyszła z dormitorium w pełni ubrana, jakby wybierała się na wybieranie miss piękności. 
Bo Demelza Robins naprawdę była piękna. Czasami zazdrościłam jej urody i charyzmy, dzięki której zyskała taką sławę w Hogwarcie. Miała ciepły wyraz oczu i łagodne usposobienie, co przyciągało chłopców. Dodatkowo grała w quidditcha. Dla wielu była wręcz przykładem do naśladowania. 
— Wiesz, kim byli ci piątoklasiści? — zapytała mnie, a ja pokręciłam głową. — Kandydującymi do drużyny na pozycję pałkarzy! Merlinie, widziałaś ich ciała? Są idealni! — Westchnęła.
— Jak dla mnie byli zwykłymi, owłosionymi gorylami — mruknęłam. — Niewdzięczne dupki. 
Odwróciłam głowę do tyłu, aby ujrzeć ich po raz ostatni. Wpatrywali się w nas jak wygłodniałe zwierzęta (mówiłam, że goryle!). Chciałam pokazać im środkowy palec, jednak uznałam, że niemiło byłoby popaść w niełaskę przyszłych pałkarzy, o ile nimi zostaną. Dodatkowo moja reputacja, która i tak już stąpała po cienkim lodzie, na to nie pozwalała.
Po bitwie również byłam znana w Hogwarcie. Chcąc czy nie chcąc, niektórzy podziwiali mnie za to, że jako nieliczna spośród szóstoklasistów brałam udział w walce. Gdybym mogła cofnąć czas, zaszyłabym się w Pokoju Życzeń i nie wychodziła z niego, dopóki bitwa by się nie skończyła. 
— Och, przecież nic ci nie zrobili — zaperzyła się Demelza. 
Nie chciałam dłużej ciągnąć tej bezcelowej konwersacji. Machnęłam na to ręką i skupiłam się na wymijaniu uczniów. Szukałam pośród nich Neville'a lub Luny, którzy uratowaliby mnie od towarzystwa Demelzy. Robins podziwiała Longbottoma, więc bez żadnych problemów wypuściłaby mnie ze swoich sideł, Lunę zaś uznawała za dziwaczkę, więc nie chciała z nią przebywać ani chwili dłużej niż to konieczne.
Napisałaś może już esej na eliksiry? — spytała Demelza.
I to właśnie w takich chwilach jej idealny wizerunek zaczynał się sypać. Demelza była przeciętną uczennicą o nieprzeciętnej urodzie. Tak ją nazywałam, od kiedy zobaczyłam jej stopnie, które otrzymywała z egzaminów czy zadań. Nie wybijała się w nauce tak jak w quidditchu. Jej ogromnym marzeniem było dostać się do Harpii z Holyhead, przez co największy nacisk kładła na grę. Nie interesowała ją reszta przedmiotów. Wiele razy dostawała szlabany za nienapisanie jakiegoś eseju lub zniszczenie sali do eliksirów. 
Napisałam. — Pokiwałam głową. Zgodnie z tradycją dziewczyna zaraz poprosi mnie o esej, żeby mogła go przepisać. I tego w niej nienawidziłam – zawsze, kiedy miała do mnie prośbę, dostawała to, co chciała. A następnie się odwdzięczała.
Naprawdę nie cierpiałam jej idealnego wizerunku. Chciałam, aby chociaż raz nie była taka koleżeńska. Wtedy miałabym prawdziwy powód, aby jej nie lubić.
— Mogłabym? — Prędko zrozumiała, że mój humor szybko się zmienił z jako tako wesołego na pochmurny. — Oczywiście coś pozmieniam, aby nie było widać, że mamy taki sam.
Mruknęłam pod nosem krótkie potwierdzenie i zaczęłam grzebać w torbie. Po chwili odnalazłam w całości zapisany kawałek pergaminu. Podałam go Demelzie, która przyjęła esej z delikatnością. Uśmiechnęła się wdzięcznie w moją stronę. Naszły mnie wyrzuty sumienia, kiedy to wcześniej przeklinałam ją w myślach. Oczy błyszczały jej radośnie, a całą sobą pokazywała, że promienieje. Jakim cudem tak często myślę o niej w złych słowach, skoro jest taka miła i niewinna?
Dzięki wielkie, Gin. Kupię ci trochę pergaminu, bo wiem, że dość często go używasz — zawiadomiła.
Pożegnała się i pobiegła w nieznane mi miejsce, gdzie mogłaby w spokoju wszystko przepisać. Przez chwilę patrzyłam, jak jej włosy podskakują wraz z jej ruchami, dopóki kompletnie nie zniknęła wśród tłumu.  




15.09.1998r.
Mogę stwierdzić, że w całym swoim życiu naprawdę wiele osiągnęłam. Bardzo dobrze radziłam sobie na lekcjach, w szczególności na eliksirach i obronie przed czarną magią. W przyszłości chciałam zostać aurorką bądź uzdrowicielką, choć to drugie bardziej do mnie trafiało. Przez moją niezgrabność stanie na straży prawa byłoby bardzo trudne. Pocieszałam się myślą, że przecież skoro Tonks się udało, to mi też. Jednakże był jeden problem – Alastor Moody nie żyje. Gdyby było inaczej, może miałabym szansę po znajomościach dostać się do biura aurorów. Szalonooki zawsze dostrzegał potencjał w ludziach, nawet takich jak ja czy Tonks. Teraz moje marzenia równie dobrze mogłyby uschnąć jak wszystkie rośliny, które kiedykolwiek miałam.
W zawodzie uzdrowiciela potrzebna była zdolność leczenia, czego szybko bym się nauczyła. Przy okazji trzeba zdać eliksiry na wybitny, co nie będzie dla mnie wielkim problemem. Od dziecka uwielbiałam tworzyć różne roztwory w szopie taty. Często mi w tym pomagał i siedział godzinami, dopóki nie uwarzyłam poprawnie eliksiru. Nie przeszkadzało mi to, a wręcz przeciwnie. Cieszyłam się, że ktoś pomaga mi w osiągnięciu perfekcji w dziedzinie, która najbardziej jest kojarzona ze Ślizgonami.
Problem stanowiło jednak zielarstwo. Neville i mama wiele razy pomagali mi zrozumieć, w jaki sposób działają rośliny. Myślałam, że jest na nie taki sam sposób, jak z zaklęciami lub eliksirami. Że jeśli raz się coś zrozumie, nie będzie się miało problemów w przyszłości.   
Wyszło kompletnie inaczej.
Każda roślinka, którą miałam, w niedługim czasie umierała. Neville kiedyś dał mi fruwokwiat, na spróbowanie moich umiejętności w opiekowaniu się rośliną. Miał nadzieję, że traktując ją jak swoje dziecko (spróbuj! Pomyśl, że ono jest żywą osobą! Zobaczysz, że wtedy będzie lepiej!) uda mi się wyhodować kwiat w całości.
Opiekunką do dzieci też nie zostanę. 
Takim oto sposobem doszłam do martwego punktu. Nie wiem, co chciałabym robić w przyszłości. Przez krótką chwilę planowałam wyjechać do Charliego do Rumunii, lecz kiedy zobaczyłam smoki, z jakimi pracuje, zdecydowałam, że praca na świeżym powietrzu nie jest dla mnie. Ani tym bardziej usmażenie przez takiego wielkoluda.
Uznałam, że inspiracja do zawodu przyjdzie z czasem. Mama też miała problemy z wybraniem pracy, dlatego swoją propozycję złożyła McGonagall długo po terminie. Czułam, że tak samo będzie ze mną. Ale nie chciałam być kurą domową. Cokolwiek związanego z rodziną odrzucałam natychmiastowo. Nie wiedziałam nawet, czy będę mieć jakiegokolwiek męża. Gdyby nawet, to i tak byłby szczyt moich marzeń.
Niegdyś marzyłam o Harrym Potterze, księciu z bajki. Bohaterze, który uratował moje życie w drugiej klasie. To było tak piękne, że aż nierealne. Bo nikt, ale to nikt, nie będzie miał Harry'ego na dłużej. Wielu próbowało, jak Cho Chang czy ja. I nawet się cieszę, że tak naprawdę nic z tego nie wynikło. 
Można uznać, że jestem pełna sprzeczności. Marzę o chłopaku, który będzie kochał mnie miłością piękną i bajeczną, ale, kiedy już taki pojawi się na horyzoncie, ja podkulam ogon i cieszę się ze swojej wolności. Związek, a potem małżeństwo, uznawałam za jej ograniczenie. A ja lubiłam być niczym taki ptak, lecący ponad światem w nieznanym kierunku. Tam, gdzie nurt poniesie mnie i tylko mnie. O ile przez niezgrabność nie wpadnę na twardy ląd, zderzając się z rzeczywistością.  
Jęknęłam cicho i opadłam na łóżko. Przytrzymałam bolący punkt na stopie, przez który wydawało mi się, że zostałam pokonana jednym ruchem. Kiwałam się to w przód, to w tył, lecz ten sposób nie pomógł, tak samo jak ściśnięcie palca. 
Nienawidziłam wszelkich komód czy szafek w dormitorium.
Dziewczyny nie miały przed sobą tajemnic (co ja osobiście uważałam za obdarcie z prywatności). Pożyczały, brały, czasami oddawały, niszczyły. Postanowiłam to wykorzystać, kiedy zauważyłam leżącą na szafce książkę o tytule "Zaklęcia zakazane i nieużywane". Widziałam ją kiedyś w dziale do zaklęć, jednak nigdy nie miałam szansy dłużej jej się przyjrzeć. Podchodząc po nią, uderzyłam się o kant szafki, co niechybnie doprowadziło mnie do wielkiego bólu i przeklinania wszelkich drewnianych rzeczy w pokoju.
Zbliżała się cisza nocna, a moich współlokatorek wciąż nie było w Pokoju Wspólnym. Cieszyłam się z tego, bo nie chciałam, żeby dziewczyny wyśmiewały mnie i mój bolący palec. A w szczególności towarzystwo Demelzy jakoś mi obecnie nie odpowiadało.
Westchnęłam ciężko, chwyciłam książkę i powlokłam się do łóżka. Zasunęłam za sobą kotary, aby dać jasny znak towarzyszkom, że nie są mile widziane, jeśli spróbują je rozsunąć. Zagrzebałam się w pościeli i przy użyciu małej lampki stojącej na szafce zaczęłam czytać interesujące tematy. 
Większość traktowała o czarach, które już dawno wyszły z użycia. Znalazłam jedno ciekawe zaklęcie, które zachciałam w przyszłości wypróbować, więc zapisałam je na malutkiej karteczce przyklejonej do ściany za moją głową. 
Z czasem przysypiałam, ale starałam się zachować jasność umysłu, aby książka nie spadła mi na twarz. Usnęłabym w trymiga, gdyby nie dźwięki wchodzących do dormitorium współlokatorek, włączeniu większej ilości światła i trzaskaniu drzwiami do łazienki. Jak na trójkę dziewczyn, robiły wyjątkowo wiele hałasu. To jakieś rzucanie po pokoju nieznanymi z pochodzenia przedmiotami, to przesuwanie szafek, krzyki, czy w łazience dalej jest mydło. Gryfonizm, pomyślałam.
Ze znużeniem przewróciłam kolejną kartkę. Sunęłam wzrokiem po tekście, nawet nie do końca rejestrując znaczenie słów. Aż nareszcie trafiłam na jedno zdanie.

ZMIEŃ SWOJE ŻYCIE! 

Ciekawe, pomyślałam. Hasło brzmiało jak tani chwyt z jakiejś mugolskiej reklamy, która mówiła o nowej odżywce do włosów czy jadącym pojeździe. Nie wiedziałam dokładnie, jak się  takowy pojazd nazywa.
Przeczytałam całą stronę od początku. Zainteresowanie rosło z każdym akapitem, a znudzenie odeszło w siną dal. Współlokatorki ułożyły się do swoich łóżek i zapewne smacznie spały, a ja czytałam zabronione zaklęcie. I miałam zamiar je użyć.

     Incipere furorem należy do najprostszych, a zarazem najbardziej pociągających zaklęć z dziedzin magii. Sam czar wyzwala z siebie ogromny przepływ tajemniczości i euforii, która towarzyszy nawet czytającemu. Oplata ona wtedy osobę w swój niepowtarzalny sposób, pchając ją do nieodpowiednich zachowań, jeśli za długo będzie opierać się działaniu magii.
     Zaklęcie należy do dziedziny magii zakazanej, choć wielu czarowników przeciwstawiało się temu. Ginęli oni w niewyjaśnionych okolicznościach, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Po wielu takich przypadkach społeczeństwo czarodziejskie zgodziło się, aby usunąć je ze spisu czarów i przekleństw. Rok później już każdy zapomniał o tym zakazanym zaklęciu.

Czary zakazane były moim konikiem. Nikt oprócz Luny i Colina nie wiedział, że param się takim rodzajem magii. Nawet rodzice, którzy byli mi najdrożsi, nie znali mojej ciemnej strony, jak ja to lubiłam nazywać. Nie zrozumieliby, tak się usprawiedliwiałam. 
Nie używałam zakazanych zaklęć, to jasne. Często widziałam, jak Ślizgoni je stosują, lecz sama nie miałam odwagi, żeby ich tknąć. Czytałam tylko każdą informację o nieznajomym czarze, co chyba nie było takie złe. Jednak rodzice, w całości oddani Jasnej Stronie, nie zrozumieliby mojego zainteresowania. Zabroniliby mi dotykać książek traktujących o zakazanych zaklęciach i wprowadziliby ścisłą kontrolę. Uważałam, że w ten sposób zabraliby kawałek wolności, jaką dysponowałam. 
A wolność była jedną z niewielu rzeczy, które w życiu doceniałam.
Zabrałam się za dalsze czytanie. Co chwilę występowały słowa takie jak „zmienić bieg zdarzeń”, „poznaj drugiego siebie” lub, co najgorsze „a co by było, gdyby...”. Pociągało, to prawda. Mroczna magia od zawsze przyciągała do siebie ludzi, a dopóki się jej opierałam, czułam coraz większe uzależnienie od niej oraz niezrozumiałą tęsknotę, która często się pojawiała. Rozumiałam, dlaczego Bellatriks oraz inni śmierciożercy uwielbiali ją stosować. Wywoływała euforię, ulgę, a nawet radość, jeśli użyło się w złych intencjach.
Odrzuciłam książkę do szafki. Wolumin był przesiąknięty czarną magią, czego wcześniej nie zauważyłam. Nawet w opisie zaklęcia "Incipere furorem" napisano, że wywołuje euforię. Skojarzenia z dziennikiem Toma Riddle'a odżyły w moim umyśle na nowo. Uzależnienie od przedmiotu było tak samo mocne, jak od czytania tej książki. 
Zakryłam się kołdrą po sam nos. Zacisnęłam oczy i przywołałam wspomnienie mamy, która nocami nuciła mi kołysanki. Nie robiła tego od lat, jednak ten czyn pozostał zakorzeniony w moim umyśle na zawsze. Kojarzył się z miłością, domem i rodziną, czyli tym, na czym najbardziej mi zależało.

~*~ 

Hej, hej!
Zebrałam się i napisałam rozdział, który zalegał mi na komputerze od czterech miesięcy :') Nie potrafię jakoś skupić się na dwóch czynnościach naraz, kiedy prowadzę jeszcze drugie opowiadanie xd
Jak wam podoba się taka Ginny? Postanowiłam nie kreować jej na wyrachowaną dziewczynkę, jaka jest na Ulubienicy Śmierci. Chciałam wypróbować ją od innej strony (matko, zabrzmiało to, jakbym była psychopatką próbującą testować ludzi xD).